sobota, 22 kwietnia 2017

Zielony rynsztok

Wasyl Niezłomny kolejny raz rozprostował na stole uparcie zwijający się skrawek pergaminu. Przycisnął jeden koniec kielichem odebranym Wielkiemu Koniuszemu. Na drugim postawił swój kufel. Bez wahania - i tak był pusty.
„Największe pieniądze robi się na wielkich, słomianych inwestycjach” - przeczytał głośno. Sapnął, a potem poczerwieniał. Siedzący najbliżej króla dostojnicy odsunęli się nieco.
- Co to ma być?!?!? - ryknął Wasyl.
- To nam powiedział ten bankier z cesarstwa, zanim wyzionął ducha - wyjąkał Dowódca Gwardii i osunął się na ziemię. W samą porę. Cynowy kufel, który przeleciał przez miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była jego twarz, ważył co najmniej dwa funty.
- Rozumiem, że nie powiedział już nic więcej - głos króla brzmiał tak spokojnie, że nawet książę Igor poczuł pilną potrzebę spisania testamentu. - I że nadal nie wiemy, jak napełnić kasę Stronnictwa.
Pierwszy Wojewoda zaczął z wielką uwagą oglądać swoje buty. Wielki Książę Witold zapatrzył się na pająka tkającego swoją sieć nad kominkiem. Duszesa zajęła się liczeniem sztucznych pereł w bransolecie, a Prezydent i Naczelnik Hipodromu skupili się na kopaniu się po kostkach pod stołem. Igor zniknął. Tylko Wielki Koniuszy patrzył na króla wzrokiem pierwszoklasisty, który jako jedyny w klasie wie, jak się pisze „róża”.
- No mów - król łaskawie skinął ręką.
Wielki Koniuszy z hukiem odsunął zydel i wstał.
- Najjaśniejszy Pan wie, że staram się zasługiwać na miano człowieka oświeconego - zaczął powoli. Tylko Duszesa zdołała powstrzymać parsknięcie. Dostojnika to jednak nie speszyło.
- Dlatego co jakiś czas bywam w tym, tfu, teatrze - kontynuował. - I ostatnio widziałem przedstawienie o takich dwóch cwaniakach...
- Tych, co ukradli Księżyc? - ucieszył się Wasyl. - Znam, widziałem. Dobre.
- No, niezupełnie - stropił się Koniuszy. - Oni nie kradli, tylko budowali. Pomniki. Wielkie, ze słomy. A właściwie nawet nie budowali, tylko namawiali innych. I robili za doradców. Oczywiście nie za darmo, tylko za odpowiedni procent. Dlatego mówili też, że im droższy pomnik, tym lepiej. Chociaż oni nazywali to jakoś inaczej. O, wiem. Projekt.
Duszesa popatrzyła na Koniuszego. Długo. A potem lekko się uśmiechnęła.  Dostojnik zbladł.
- Tak, projekt to dobry pomysł - powiedziała. - Można dostać jałmużnę z zagranicy. A ja mam specjalistów, którzy potrafią takie wsparcie zagospodarować. Ale chyba nie zamierzasz budować słomianej kukły Najjaśniejszego Pana?
Wasyl zgrzytnął zębami. Na szczęście dla Koniuszego kufel został wykorzystany wcześniej. Dostojnik nie czekał, aż król znajdzie inny pocisk.
- Żadnych kukieł, to nie Akademia - odpowiedział. Duszesa spojrzała na niego przeciągle i zdziwiła się. Bo Koniuszy tym razem nie odwrócił wzroku. Przeciwnie. Spojrzał jej prosto w oczy. Wyzywająco.
- Zrobimy projekt, na dodatek zielony - kontynuował. I, wbrew temu, czego sie wszyscy spodziewali, głos mu nawet nie zadrżał. - Doprowadzimy zamkowy rynsztok do podmiejskich posiadłości. Niby po to, żeby możnowładcy swoje dwory do niego podłączyli.
- Dlaczego „niby”? - zdziwił się książę Igor. - Przecież jak jest rynsztok, to mają obowiązek ścieki wylewać do niego, a nie gdzieś na pola czy do jeziora...
Wasyl jęknął. A potem walnął berłem w poręcz fotela.
- Synu, czy ty z tych naszych naukowych kolacji tylko pełny kałdun wynosisz? Obowiązki są dla hołoty. I dla tych wielmożów, którzy próbują podskakiwać wyżej niż im wolno. Gdyby szlachetnie urodzeni nie korzystali na przynależności do Stronnictwa Zielonych, poszliby do Niebieskich, Pomarańczowych czy nawet Cętkowanych. Myślałem, że to rozumie nawet największy jełop. Ale najwyraźniej go przeceniłem.
Król poprawił się na siedzeniu i skinął na Wielkiego Koniuszego.
- Kontynuuj. Jest jeszcze parę rzeczy do ustalenia. Za wszystko zapłaci oczywiście motłoch, tak jak zawsze?
- Lepiej. Nie tylko zapłaci, ale jeszcze tak nim zakręcimy, że będzie wychwalał Waszą Łaskawość. Zastosujemy pijar.
Duszesa poruszyła się niespokojnie. Do tej pory to ona w tej dziedzinie rozdawała karty. Uznała, że najwyższy czas wejść do gry.
- Ta technika jest znana od czasów biblijnych - powiedziała. - Ale nadal działa. Nazywa się „kozę wyprowadzić”. Trzeba najpierw wypuścić wici, że za wodę będzie się płaciło dwa razy więcej. A potem ogłosimy, że Najjaśniejszy Pan się zlitował i powyżka wyniesie tylko dziesięć procent...
Spojrzała na Wielkiego Koniuszego i odebrało jej mowę. Dostojnik się uśmiechał. Drwiąco.
- Wiedza waćpani jest godna podziwu, ale ciut, hm, przestarzała. Technika w tej wersji dałaby się zastosować, gdybyśmy nie potrzebowali tych dziewięćdziesięciu procent. Ale potrzebujemy. Pamiętacie chyba, że powołujemy spółkę „Akwedukty królewskie”, żeby zapewnić naszym dzieciom i krewnym stanowiska odpowiednie dla ich urodzenia? Pensje członków zarządu i rady nadzorczej to nie są jakieś grosze. Dlatego musimy skorzystać z najnowszych zdobyczy pijarowych.
Przerwał. Wszyscy siedzący przy stole patrzyli na niego z wyczekiwaniem. Tylko Duszesa zagryzała wargi i uważnie oglądała swoje paznokcie.
- Nie będzie żadnych wici. Będzie oficjalny wniosek od Wielkiego Wodoleja o podwyżkę.
- Motłoch się wścieknie - zauważył Wielki Książę Witold.
- I o to chodzi - uśmiechnął się Koniuszy. - Niech się wściekają. A my poczekamy. Tylko żeby nikt się w kronikach społecznościowych z jakimiś komentarzami nie wychylał, czy z innymi tekstami o leśnych frustratach. To trzeba przeprowadzić precyzyjnie.
Wasyl poprawił się na tronie i podrapał berłem kolano.
- Poczekaj - powstrzymał gestem dostojnika, który właśnie nabrał oddechu przed dalszą przemową.
- Sprawdźcie, czy was nie ma w wartowni! - rzucił do strażników stojących przy drzwiach. Kiedy ich kroki ucichły w oddali, skinął przyzwalająco.
- Po kilku dniach ja na swojej tablicy napiszę, że wiadome siły podburzają lud, bo chcą przejąć władzę. I że podwyżka owszem, będzie stuprocentowa, ale tylko na pergaminie. Bo Najjaśniejszy Pan w swej łaskawości dopłaci ludowi do rachunków z królewskiego skarbca. Nie, nie ze szkatuły Waszej Wysokości - dodał szybko, widząc minę Wasyla. - Z dukatów, które poborcy już wcześniej pospólstwu odebrali. Tych, które miały być na remonty traktów i latarnie w zaułkach.
Wasyl zarechotał. Pozostali natychmiast do niego dołączyli i w tronowej sali przez dłuższą chwilę rozbrzmiewał chóralny śmiech.
- I oni to kupią? - zapytał w końcu król, ocierając łzy rękawem jedwabnej koszuli.
- Oczywiście - odpowiedział Wielki Koniuszy. - Ciemny lud wszystko kupi. A pieniądze, które miały być na łatanie dziur w gościńcach, dostaną „Akwedukty królewskie”, które się rozliczają z wydatków tylko przed Najjaśniejszym Panem. I mogą na przykład wynająć sowicie opłacanych konsultantów, kupić pochlebne komiksy u królewskich kronikarzy czy nawet założyć własne kroniki. W sumie możemy uznać, że dukaty na kampanię elekcyjną mamy już w mieszku.
* * *
Późnym wieczorem w bocznej uliczce nieopodal głównej bramy Zamku zatupotały damskie pantofelki. Postać z twarzą ukrytą pod kapturem zatrzymała się przed wystawą złotnika. Po chwili obok stanął inny zakapturzony. Poruszał się niemal bezszelestnie.
- Najjaśniejsza Pani, czy już czas? - wyszeptał.
- Jeszcze nie. Ale musisz dokładnie sprawdzić Wielkiego Koniuszego. Z kim koresponduje i o czym, z kim się spotyka... Zrobił się zdecydowanie zbyt pewny siebie. Muszę wiedzieć, z czego wynika ta bezczelność.
* * *
Wasyl Niezłomny wyglądał przez świeżo umyte okno sali tronowej, kiedy ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Król usiadł na tronie i schował sztylet w lewym rękawie.
- Wejść!
Drzwi uchyliły się nieco, po czym do komnaty bezszelestnie wśliznęła się szczupła postać w zielonym płaszczu. Twarz miała ukrytą pod kapturem.
- Sprawdzisz Wielkiego Koniuszego. Dokładnie. Z kim koresponduje i o czym, z kim się spotyka... Ten przypływ odwagi u niego jest bardzo podejrzany. Muszę wiedzieć,  z czego wynika.
Zakapturzona postać zniknęła tak cicho, jak się pojawiła.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza